MIND & MONEY

NAJNOWSZE WPISY

KATEGORIE

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Ten blog działa na kawę ;) 

Jeśli ten tekst dał Ci do myślenia (albo chociaż do uśmiechu), możesz postawić mi kawę ☕

To małe wsparcie, które pomaga tworzyć kolejne finansowe rozkminy.

Wróć do Strony Głównej

arrow left
arrow right
05 stycznia 2026

Zapytałem moich znajomych, ile zarabiają. Połowa przestała odbierać telefony

Rozmowy o zarobkach – jak ludzie reagują, gdy pytasz o pensję

Zadałem to pytanie trochę od niechcenia. Tak, jak pyta się o pogodę albo o to, czy nowa praca „jest okej”. Bez planu, bez tezy. Po prostu: „A ty właściwie ile zarabiasz?” I w tej samej sekundzie zobaczyłem, że przekroczyłem granicę, której istnienia nikt mi wcześniej nie zaznaczył taśmą ostrzegawczą. Czasem ktoś się tylko uśmiechnął. Ktoś inny spojrzał w telefon, jakby nagle dostał pilne powiadomienie z banku centralnego. Jeszcze ktoś powiedział „eee, to zależy”, choć nie padło żadne pytanie pomocnicze.

Zdarzały się sytuacje, że znajomi z którymi jeszcze wczoraj miałem świetny kontakt, po moim pytaniu o zarobki, zaczęły unikać rozmów na Messenger, przestawały telefonować, unikały mnie jak tylko się da. Na początku nie wiedziałem o co chodzi, dopiero po jakimś czasie zdałem sobie sprawę, że chodziło o naszą rozmowę o zarobkach, i moim niezręcznym pytaniu. A najgorsze było to, że do samego końca byłem przekonany, że zadałem normalne pytanie.

Najbardziej zawstydzające było jednak nie to, że ludzie nie chcieli mówić. Tylko to, że ja sam, gdy ktoś odwrócił sytuację i zapytał o moje zarobki, nagle poczułem dokładnie to samo napięcie. Jakby moje liczby były nagie. Jakby zarobki były dowodem w sprawie, której nikt formalnie nie prowadzi, ale wszyscy intuicyjnie czekają na werdykt. Zrozumiałem wtedy, że to nie jest tekst o nich. To jest tekst o nas. I o iluzji, że pieniądze są tylko pieniędzmi, a nie skrótem do oceny całego życia.

Rozmowy o zarobkach od lat uchodzą za temat tabu, choć jednocześnie niemal każdy z nas po cichu porównuje się z innymi. Ile on ma? Czy ja mam za mało? Czy pytanie o pensję jest nietaktem, czy jedynym sposobem, by zrozumieć, jak naprawdę wygląda rynek pracy i nasze miejsce w nim? Wpisując w wyszukiwarkę hasła typu „ile zarabiają Polacy”, „czy wypada pytać o pensję” albo „dlaczego ludzie nie mówią o pieniądzach”, szukamy nie tylko danych, ale też usprawiedliwienia dla własnego niepokoju. Ten tekst nie da prostych odpowiedzi. Ale spróbuje pokazać, jak ludzie reagują, gdy pada to jedno, pozornie niewinne pytanie o zarobki — i dlaczego tak często kończy się ono ciszą.

Pytanie, które wywołało ciszę

Rozmowy o zarobkach zwykle zaczynają się dopiero wtedy, gdy ktoś już wyszedł albo gdy rozmowa została bezpiecznie przeniesiona do trybu „a słyszałeś, że on podobno…”. Ja zrobiłem coś odwrotnego. Zapytałem wprost. Bez wstępu, bez ironicznego uśmiechu, bez poduszki powietrznej. Ile zarabiasz? To pytanie, rzucone między kawą a zdaniem o korkach w mieście, spadło na stół jak moneta wrzucona do szklanki — dźwięk był czysty, ale po nim zapadła cisza, której nikt nie planował.

Przez kilka sekund nikt się nie odezwał. Ten moment rozciągnął się nienaturalnie, jak w filmach, w których bohater właśnie powiedział coś, czego nie da się cofnąć. Pomyślałem wtedy, że może źle dobrałem moment, że może powinienem był zacząć od inflacji albo chociaż od żartu o cenach masła. Ale było już za późno. Widziałem, jak ludzie nerwowo liczą w myślach nie pieniądze, tylko powody, dla których nie powinni odpowiadać. A ja siedziałem naprzeciwko nich z głupim poczuciem, że właśnie obnażyłem coś, czego sam do końca nie rozumiem. I wiecie co - zorientowałem się, że moje ciało również reagowało inaczej. Zanim ktokolwiek odpowiedział, poprawiłem się na krześle, jakbym nagle źle siedział. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że czekam na odpowiedź z tym samym napięciem, z jakim czeka się na wynik egzaminu, którego nikt oficjalnie nie zapowiadał.

Najbardziej krępujące było to, że cisza nie była agresywna. Nikt nie oburzył się teatralnie, nikt nie powiedział, że „o takich rzeczach się nie rozmawia”. Zamiast tego pojawiły się półuśmiechy, poprawianie rękawów, nagłe zainteresowanie filiżanką. Cisza uprzejma, społecznie wytrenowana, taka, która mówi: wiemy, że zadałeś złe pytanie, ale nie będziemy robić ci sceny. I wtedy dotarło do mnie, że to nie pieniądze są tu problemem, tylko to, co one obiecują — możliwość porównania, które zawsze kogoś skrzywdzi.

Zawstydziłem się nie dlatego, że zapytałem. Zawstydziłem się, bo przez moment liczyłem, że ktoś odpowie, a ja będę mógł włożyć tę odpowiedź do niewidzialnej tabelki w głowie. Że liczba przyniesie mi ulgę. Że dowiem się, czy „radzę sobie wystarczająco dobrze”. Ta iluzja pękła szybciej niż cisza. Bo nagle stało się jasne, że pytanie o zarobki nie jest neutralne — to pytanie o wartość, o status, o to, kto w tej niewidzialnej kolejce do sukcesu stoi bliżej okna.

Ktoś w końcu się odezwał, ale nie odpowiedział. Powiedział coś w rodzaju: „no wiesz, różnie bywa”. Wszyscy przytaknęli z ulgą, jakby to była poprawna odpowiedź w teście, którego zasad nikt wcześniej nie podał. Ja też przytaknąłem. I w tym momencie zrozumiałem, że cisza, którą wywołałem, była lustrem. Pokazała mi, jak bardzo chcemy wiedzieć, ile zarabiają inni, i jak bardzo boimy się, że ktoś zapyta o to samo nas. Czy naprawdę chodzi o pieniądze — czy tylko o to, co zrobilibyśmy z prawdą, gdyby jednak padła na głos?

Dlaczego w ogóle zapytałem o pensję

Pytanie o pensję nie przyszło do mnie w chwili odwagi ani buntu wobec systemu. Przyszło w najbardziej prozaiczny sposób — podczas przewijania telefonu wieczorem, kiedy algorytmy wiedzą o człowieku więcej niż on sam. Kolejny artykuł o tym, ile „powinno się” zarabiać w moim wieku, kolejna tabela, która obiecywała orientację w rzeczywistości, a kończyła się lekkim uciskiem w żołądku. Pomyślałem wtedy, że skoro wszyscy po cichu sprawdzamy średnie, mediany i widełki, to może uczciwiej byłoby zapytać ludzi z krwi i kości. Tych, których znam. Tych, z którymi piję kawę i udaję, że pieniądze nie mają znaczenia.

Oczywiście wmówiłem sobie, że to czysta ciekawość. Badanie społeczne w wersji mikro. Żadnych intencji, żadnych porównań. Tylko chęć zrozumienia, jak naprawdę wyglądają zarobki ludzi wokół mnie. Dziś widzę, jak bardzo było to kłamstwo wygodne i eleganckie. Bo pod tą ciekawością czaiło się pytanie, którego bałem się nazwać: czy ja jestem do przodu, czy już w tyle? I czy da się to sprawdzić bez otwierania Excela i własnych kompleksów jednocześnie.

Jest coś perwersyjnie uspokajającego w myśleniu, że jeśli inni zarabiają podobnie, to wszystko jest w porządku. Że życie idzie zgodnie z planem, nawet jeśli nikt tego planu nigdy nie pokazał. Chciałem liczb, bo liczby wydają się obiektywne, czyste, nieobraźliwe. Demaskacja przyszła szybko: pieniądze nie są liczbami, są historiami. A każda historia ma w sobie porównanie, nawet jeśli udajemy, że tylko słuchamy.

Zapytałem też dlatego, że miałem dość udawania. Tego zbiorowego teatru, w którym wszyscy narzekamy na ceny mieszkań, a jednocześnie z grzeczności nie sprawdzamy, kto tak naprawdę może sobie na nie pozwolić. W rozmowach o pracy operujemy ogólnikami, jakby konkret mógł kogoś zranić. „Nie jest źle”, „da się żyć”, „wiadomo, mogłoby być lepiej” — to zdania, które nic nie mówią, ale świetnie maskują różnice. A ja, trochę naiwnie, uznałem, że jeśli zapytam wprost, to może na chwilę zdejmiemy maski.

Najbardziej niewygodna prawda jest taka, że pytając innych o pensję, próbowałem oswoić własny lęk. Nie o biedę, nie o bogactwo — tylko o to, że mogłem źle rozegrać swoje życie. Że gdzieś po drodze przegapiłem moment, w którym należało skręcić w inną stronę. Liczyłem, że cudze odpowiedzi ustawią mnie na osi: normalny–nienormalny, sukces–porażka. A przecież nawet gdyby ktoś podał mi dokładną kwotę, pytanie pozostałoby to samo. Czy naprawdę chcemy wiedzieć, ile zarabiają inni — czy tylko sprawdzić, czy mamy prawo czuć się ze sobą w porządku?

Pierwsza grupa: „Nie twoja sprawa”

Pytanie o zarobki wśród znajomych po raz pierwszy naprawdę uderzyło w ścianę, gdy trafiłem na grupę, którą roboczo nazwałem „nie twoja sprawa”. To nie byli ludzie agresywni ani szczególnie tajemniczy. To byli ci najbardziej poprawni. Uprzejmi, wyważeni, świetnie wytrenowani w stawianiu granic tak miękko, że przez chwilę myślisz, że to jeszcze rozmowa, a nie już jej koniec.

„Wolałbym o tym nie rozmawiać” — usłyszałem kilka razy. Zdanie idealne. Bez pretensji, bez tłumaczeń, bez szczelin, przez które mógłby się przecisnąć ciąg dalszy. I chociaż formalnie wszystko było w porządku, to ja i tak czułem się, jakbym zajrzał do czyjejś szuflady bez pytania. Zawstydzenie przyszło nie z odmowy, tylko z tego, jak szybko ją zaakceptowałem. Jakbym sam wiedział, że pytanie było nadużyciem, tylko liczyłem, że ktoś udaje, że nie zauważył.

Najciekawsze było to, że osoby z tej grupy często miały gotową narrację zastępczą. Skoro nie liczba, to zasada. „Pieniądze psują relacje”, „każdy ma inną sytuację”, „nie lubię się porównywać”. Słuchałem tych zdań z rosnącym poczuciem, że nie służą one tyle ochronie prywatności, co utrzymaniu porządku. Porządku, w którym nie wiemy o sobie za dużo, bo wiedza wymusza reakcję. A reakcja bywa niewygodna. Łatwiej powiedzieć „to prywatne”, niż przyznać, że odpowiedź mogłaby coś zmienić.

Złapałem się na tym, że próbowałem czytać między wierszami. Ton głosu, długość pauzy, to charakterystyczne „no wiesz…”. Jakbym mógł wydedukować wysokość pensji z samej odmowy. To był moment, w którym poczułem się najmniej dumny. Bo oto ja, deklaratywnie walczący z tabu rozmów o pieniądzach, robiłem dokładnie to, co zawsze: oceniałem. Tylko ciszej. Demaskacja była bolesna — problemem nie jest brak odpowiedzi, tylko to, co robimy w głowie, gdy jej nie dostajemy.

„Nie twoja sprawa” brzmiało jak mur, ale im dłużej się mu przyglądałem, tym bardziej widziałem w nim lustro. Może to nie oni byli zamknięci, tylko ja naiwnie wierzyłem, że bliskość automatycznie uprawnia do wiedzy. Że skoro znamy się od lat, to liczba przestaje być wrażliwa. A przecież to nie czas znajomości decyduje o tym, co chcemy ujawnić, tylko ryzyko, jakie się z tym wiąże.

Najbardziej niewygodne pytanie przyszło później, już po rozmowach. Czy gdyby ktoś z tej grupy zapytał mnie o moje zarobki w gorszym momencie życia, odpowiedziałbym szczerze? Czy też z ulgą schowałbym się za tym samym zdaniem, które tak łatwo przyszło mi krytykować? Może „nie twoja sprawa” nie jest końcem rozmowy o pieniądzach. Może to tylko granica, przy której zaczyna się rozmowa o strachu.

Druga grupa: półsłówka i uniki

Rozmowy o pensji najczęściej nie kończą się ani jawną odmową, ani szczerością. Najczęściej grzęzną gdzieś pośrodku, w miękkim bagnie półsłówek i uników. To była druga, najliczniejsza grupa. Ludzie, którzy teoretycznie odpowiedzieli, ale praktycznie nie powiedzieli nic. Jakby sama próba nazwania kwoty uruchamiała w nich automatyczny system ewakuacji.

„Wystarcza na życie” — to zdanie padało najczęściej. Brzmiało jak uniwersalna waluta, którą można zapłacić za spokój w rozmowie. Wystarcza, czyli co? Na kawę? Na kredyt? Na poczucie bezpieczeństwa czy tylko na iluzję, że jeszcze nie trzeba panikować? Uśmiechałem się i kiwałem głową, choć w środku czułem się jak dziecko, które dostało odpowiedź nie na to pytanie, które zadało. Zawstydzające było to, że udawałem, że wszystko jest jasne, choć nie było.

Pojawiały się też żarty. Dużo żartów. „Za mało, żeby nie pracować, za dużo, żeby narzekać” — klasyk, który powinien mieć własną kategorię w badaniach socjologicznych. Śmiałem się razem z nimi, bo śmiech skutecznie zamyka temat. Humor okazał się najbezpieczniejszą walutą w rozmowach o pieniądzach. Demaskacja przyszła później: żart nie jest niewinny. To elegancki sposób, żeby nie powiedzieć prawdy i jednocześnie nie wyjść na kogoś, kto coś ukrywa.

Z czasem zacząłem zauważać, że uniki mają swoje style. Jedni mówili o zmiennych, premiach, „dobrych i gorszych miesiącach”, jakby konkret był chwilowo niedostępny. Inni przenosili rozmowę na koszty życia: czynsz, raty, dzieci, inflację. Słuchałem uważnie, ale coraz częściej łapałem się na tym, że przestaję pytać z ciekawości, a zaczynam zbierać tropy. Jak detektyw bez sprawy, który liczy, że z samych aluzji wyłoni się jakaś prawda. I to było chyba najbardziej niepokojące.

Bo półsłówka nie chronią przed porównywaniem. One je napędzają. Każda niedopowiedź zostawia przestrzeń, którą mózg natychmiast wypełnia domysłami. „Skoro mówi, że nie jest źle, to pewnie jest dobrze”. „Skoro tak kluczy, to może zarabia więcej, niż chce przyznać”. Zorientowałem się, że im mniej wiem, tym więcej sobie dopowiadam. Iluzja prywatności rozpada się w momencie, gdy rozmowa zostaje otwarta, ale nie domknięta.

W pewnym momencie dotarło do mnie, że półsłówka są formą kompromisu. Między potrzebą bycia uprzejmym a lękiem przed oceną. Między chęcią bycia szczerym a strachem, że szczerość ustawi nas w niekorzystnym świetle. I wtedy pojawiło się pytanie, które zostało ze mną dłużej niż wszystkie uniki razem wzięte: czy naprawdę chcemy, żeby ludzie mówili nam prawdę o swoich zarobkach — czy wystarczy nam poczucie, że temat został „jakoś załatwiony”?

Trzecia grupa: ci, którzy odpowiedzieli wprost

Otwarte mówienie o zarobkach zdarza się rzadziej, ale kiedy już się pojawia, działa jak nagłe zapalenie światła w pokoju, w którym wszyscy przywykli do półmroku. Trzecia grupa odpowiedziała wprost. Bez wstępów, bez asekuracyjnych żartów, bez „to zależy”. Padała konkretna liczba. Czasem miesięczna, czasem roczna, czasem jeszcze z dopiskiem „na rękę, żeby było jasne”. I za każdym razem to ja byłem tym, który nie do końca wiedział, co zrobić z tą szczerością.

Pierwsza taka odpowiedź przyszła szybciej, niż się spodziewałem. Ktoś spojrzał mi prosto w oczy i powiedział kwotę, jakby mówił, ile kosztuje bilet do kina. Chyba nawet nie byłem gotowy na tak bezpośrednią odpowiedź. Kiedy padła konkretna kwota, odpowiedziałem chyba zbyt szybko. „Okej” — powiedziałem takim tonem, którego sam nie lubię u innych. Trochę za krótkim. Trochę za gładkim. Dopiero po sekundzie zrozumiałem, że to brzmiało jak zamknięcie tematu, a nie jego przyjęcie. Przez resztę rozmowy miałem wrażenie, że coś spierniczyłem. Że dostałem odpowiedź, na którą nie byłem gotowy. I że teraz to ja muszę udawać, że nic się nie stało, choć stało się dokładnie to, o co pytałem.           

Bez emocji. Bez wahania. Poczułem ukłucie wstydu, bo nagle zrozumiałem, że to nie oni ryzykują w tej rozmowie — to ja. To ja zadałem pytanie, licząc na dane, a dostałem coś znacznie trudniejszego: zaufanie. I zupełnie nie byłem na nie przygotowany.

Demaskacja przyszła niemal natychmiast. Zorientowałem się, że nawet gdy ktoś mówi prawdę, moja głowa i tak próbuje ją przetworzyć na coś użytecznego. Porównać. Ustawić w hierarchii. Przeliczyć na godziny pracy, branżę, wiek. Szczerość drugiej osoby nie wyłącza automatycznie wewnętrznego księgowego. Wręcz przeciwnie — daje mu materiał do pracy. I to było niepokojące, bo nagle okazało się, że problemem nie jest tabu rozmów o pensji, tylko to, co robimy z wiedzą, gdy już ją mamy.

Ci, którzy mówili wprost, często dodawali coś jeszcze. Kontekst. Historię. „Zaczynałem od dużo mniejszej kwoty”, „przez lata było gorzej”, „teraz jest dobrze, ale kosztem czasu”. Te dopowiedzenia sprawiały, że liczba przestawała być bronią, a stawała się narracją. I paradoksalnie właśnie wtedy czułem największy dyskomfort. Bo historia burzy prostą iluzję, że pieniądze da się oderwać od decyzji, szczęścia, przypadku. Że są tylko wynikiem pracy, a nie także splotem okoliczności.

Byli też tacy, którzy mówili wprost, bo mieli do tego ideologiczne przekonanie. Transparentność, równość, walka z nierównościami. Słuchałem ich z podziwem, ale i z lekkim oporem. Bo gdzieś pod spodem czaiła się myśl: czy ja byłbym tak samo otwarty, gdyby liczba działała na moją niekorzyść? Czy otwartość nie jest czasem luksusem, na który łatwiej pozwolić sobie wtedy, gdy wynik nie boli?

Najbardziej zapamiętałem momenty po odpowiedzi. Tę krótką pauzę, w której rozmowa musiała się na nowo ułożyć. Jakbyśmy obaj zastanawiali się, czy właśnie nie przekroczyliśmy granicy, po której nic już nie będzie takie samo. I wtedy pojawiało się pytanie, którego nikt nie wypowiadał na głos: skoro już wiemy, ile zarabiamy, to co teraz? Czy ta wiedza nas zbliża — czy tylko precyzyjniej ustawia dystans między nami?

Emocje po obu stronach rozmowy

Emocje wokół rozmów o pieniądzach są gęstsze, niż chcielibyśmy przyznać, i znacznie mniej racjonalne, niż próbujemy je sobie tłumaczyć. Oficjalnie rozmawiamy o liczbach, nieoficjalnie — o wstydzie, zazdrości, dumie i lęku, że ktoś właśnie zajrzał za kulisy naszego życia. Im dłużej pytałem o pensję, tym wyraźniej widziałem, że sama rozmowa uruchamia cały wachlarz reakcji po obu stronach stołu, nawet jeśli pada tylko jedno zdanie i żadna konkretna kwota.

Po stronie pytanego emocje były niemal namacalne. Napięcie w ramionach, szybkie poprawianie ubrania, zmiana tonu głosu. Jakby odpowiedź na pytanie o zarobki miała natychmiast ustawić ich w rankingu, którego nikt oficjalnie nie prowadzi, ale wszyscy intuicyjnie wyczuwają. Wstyd pojawiał się zarówno u tych, którzy zarabiali mniej, jak i u tych, którzy zarabiali więcej. Jedni bali się oceny, drudzy — że zostaną uznani za chwalipiętów. Iluzja, że pieniądze da się omawiać bez emocji, rozsypywała się przy pierwszej pauzie w rozmowie.

Po mojej stronie emocje były bardziej chaotyczne. Zaczynałem od ciekawości, potem przychodziło zawstydzenie, a na końcu coś, czego nie przewidziałem — poczucie odpowiedzialności. Bo kiedy ktoś odpowiadał szczerze, nagle to ja musiałem zdecydować, co z tą wiedzą zrobić. Czy zareagować neutralnie, czy okazać zdziwienie, czy udawać, że to nic nie zmienia. I chociaż bardzo chciałem być „dorosły” i „dojrzały”, łapałem się na mikroreakcjach, których nie da się wytrenować: krótkie „aha”, zbyt szybkie „okej”, uśmiech nie do końca tam, gdzie powinien się pojawić.

Zazdrość przyszła cicho, bez fajerwerków. Nie w formie otwartego porównania, raczej jako lekkie ukłucie, które pojawia się później, już w domu, przy myciu naczyń. Myśl: to ciekawe. A zaraz po niej: a gdybym ja wtedy wybrał inaczej? Demaskacja była bolesna, bo chciałem wierzyć, że pytam z ciekawości świata, a nie z potrzeby sprawdzenia własnej pozycji. Tymczasem rozmowy o zarobkach bezlitośnie pokazują, jak bardzo nasze poczucie wartości przykleja się do cyfr, nawet jeśli głośno twierdzimy, że to nieprawda.

Była też duma. Czasem po stronie rozmówców, czasem po mojej. Duma ukryta, zawstydzona, przebrana za skromność. „Nie narzekam” — to zdanie, które potrafi pomieścić i ulgę, i strach, że los może to jeszcze odebrać. Zrozumiałem wtedy, że pieniądze są emocjonalnie niewygodne, bo nie są stanem stałym. Każda rozmowa o nich przypomina, że wszystko może się zmienić, a to, co dziś daje poczucie bezpieczeństwa, jutro może stać się źródłem niepokoju.

Najdziwniejsze było jednak to, co działo się po rozmowie. Krótkie zawieszenie relacji, jakbyśmy oboje sprawdzali, czy nadal jesteśmy po tej samej stronie. Czy wiedza o zarobkach coś między nami przesunęła. Czy trzeba teraz inaczej żartować, inaczej proponować wyjście, inaczej mówić o planach. I wtedy pojawia się pytanie, które zostaje na dłużej: czy naprawdę boimy się rozmów o pieniądzach — czy raczej tego, że po nich nie będziemy już mogli udawać, że wszyscy stoimy w tym samym miejscu?

Skąd bierze się tabu rozmów o pieniądzach

Tabu rozmów o pieniądzach nie pojawia się znikąd. Ono rośnie z naszych lęków, wychowania, społecznych umów, które często przyjmujemy bez namysłu. Pamiętam, jak jako dziecko słyszałem w domu, że „o pieniądzach się nie rozmawia”. Brzmiało to jak zaklęcie: niewidzialna linia, której nie wolno przekraczać. Nikt nie tłumaczył, dlaczego, ale każdy wiedział, że to granica, której przekroczenie grozi niepokojem, poczuciem winy i czasem milczeniem całej rodziny przy świątecznym stole. Ta dziecięca lekcja wrosła w mój sposób myślenia i długo kazała mi wierzyć, że pytanie o pensję jest równie niewłaściwe, co wtrącanie się w czyjeś życie prywatne.

Z czasem odkryłem, że tabu ma też wymiar kulturowy i historyczny. W Polsce, w czasach PRL, pieniądze były tematem ograniczonym przez system — każdy wiedział, że zarobki są niewielkie, a porównywanie się mogło prowadzić do frustracji lub konfliktu. Po transformacji nie zniknęło ono nagle; przenieśliśmy je w nową rzeczywistość, tylko teraz z dodatkową presją sukcesu i indywidualnej oceny. W rozmowach o pensjach ciągle podświadomie mierzymy nie tylko drugą osobę, ale też samych siebie: czy osiągnęliśmy wystarczająco dużo, czy może powinniśmy zmienić drogę? Ta świadomość powoduje, że cisza staje się bezpieczna, choć tak naprawdę jest iluzją spokoju.

Najbardziej uderzające było dla mnie odkrycie, że tabu nie jest tylko ochroną innych, ale też ochroną własnego ego. Im więcej pytałem, tym wyraźniej widziałem, że ludzie chowają swoje zarobki, bo boją się oceny, ale też dlatego, że boją się konfrontacji z własną narracją o sobie: jestem w porządku, żyję dobrze, radzę sobie. Liczby mogłyby tę narrację rozbić. Ta iluzja bezpieczeństwa, w której żyjemy, jest kruche i łatwo ją zburzyć jednym zdaniem: „A ile dokładnie zarabiasz?”. I to uczucie, gdy ktoś milczy lub odpowiada półsłówkami, nagle uświadamia, że cała codzienna pewność siebie była bardziej konstruktem niż faktem.

Tabu rozmów o pieniądzach jest więc zarówno ochroną, jak i więzieniem. Chroni nas przed bezpośrednim wścibstwem, ale jednocześnie utrwala porównania w ukryciu. Najbardziej wstydziłem się tego, że ja sam, zadając te pytania, odczuwam zarówno fascynację, jak i lekką panikę. Fascynację szczerością i panikę tego, co mogłoby wyniknąć z odpowiedzi. I wtedy pojawia się pytanie, które zostaje z czytelnikiem: czy cisza naprawdę chroni — czy tylko pozwala nam udawać, że wszyscy stoimy w tym samym miejscu, podczas gdy liczby mówią coś zupełnie innego?

Chcąc nie chcąc, zrozumiałem, że tabu jest naszym wspólnym teatrem, w którym każdy zna scenariusz, ale nikt nie chce grać prawdziwej roli. A ja, pytając o pensje, stałem się reżyserem, który sam nie wie, czy chce zobaczyć finał.

Czy rozmowy o pensjach mogą coś zmienić

Rozmowy o pensjach — czy naprawdę mogą coś zmienić, czy pozostają tylko źródłem dyskomfortu? Pamiętam, jak po kilku tygodniach mojego eksperymentu z zadawaniem pytań o zarobki, zacząłem analizować efekty. Nie te spektakularne, z tabelkami i procentami, ale te ciche, podskórne, które pojawiają się w głowie: świadomość, że inni mają różne możliwości, różne ograniczenia, różne strategie życia. I wtedy dotarło do mnie, że rozmowy o pensjach mogą zmienić coś więcej niż cyfry — mogą zmienić nasze poczucie rzeczywistości.

Pierwsze efekty były niewidoczne, niemal subtelne. Kiedy ktoś otwarcie podał kwotę, ja musiałem skonfrontować swoje wyobrażenia z rzeczywistością. I to nie była konfrontacja przyjemna: odkrywałem, że czasem zawyżałem swoje poczucie sukcesu, czasem je zaniżałem. Liczby innych ludzi demaskowały moje własne iluzje — o tym, że radzę sobie całkiem dobrze, albo że wszyscy wokół są „dalej”. I to uczucie nie było komfortowe. Zawstydzało mnie, że moje porównania są tak automatyczne, że w ciągu kilku sekund buduję w głowie hierarchię wartości opartą na pensjach.

Niektórzy z rozmówców twierdzili, że jawność wynagrodzeń mogłaby zmienić kulturę pracy. Wyszło jednak, że zmiana nie zaczyna się od zarządu czy polityki firmy, ale od nas samych, od rozmów przy kawie, od momentów, kiedy decydujemy, czy podzielić się kwotą czy zachować ciszę. Zrozumiałem, że te małe akty transparentności mogą mieć efekt domina: ktoś usłyszy prawdę, pomyśli o własnej sytuacji, zacznie negocjować, pytać, porównywać — i w pewnym sensie burzy milczące układy, które utrzymują nierówności.

Zabawne jest to, jak bardzo chciałem, żeby rozmowy były neutralne, „badawcze”, a jednocześnie każda odpowiedź wywoływała emocje, których nie przewidziałem: zazdrość, podziw, lekkie poczucie niesprawiedliwości. Zdałem sobie sprawę, że prawdziwa zmiana zaczyna się tam, gdzie liczby przestają być tylko danymi, a stają się rozmową o możliwościach, ograniczeniach i decyzjach. I nagle pytanie o pensję przestaje być wścibstwem — staje się lustrem, w którym widzimy siebie i innych.

Największa lekcja była jednak osobista. Im więcej ludzi otwarcie mówiło o swoich zarobkach, tym bardziej czułem, że mój wstyd, moje lęki i moja ciekawość są nieuniknione. Pojawiło się pytanie, które wciąż zostaje w głowie: czy zmiana jest możliwa tylko wtedy, gdy wszyscy zdecydują się mówić prawdę, czy też wystarczy, że ktoś zacznie, a reszta niech podąża swoim rytmem? A jeśli nie wszyscy chcą iść tą drogą — czy cisza znów zwycięży?

Chyba najtrudniejsze w tym wszystkim jest przyznać przed sobą samym, że rozmowy o pensjach mogą zmienić nas bardziej niż innych. Mogą obnażyć nasze uprzedzenia, nasze wyobrażenia o świecie i o sobie. I to jest pytanie, które pozostaje bez odpowiedzi: czy jesteśmy gotowi zobaczyć prawdę, nawet jeśli nas zawstydzi?

Co zostało po tym eksperymencie

Co zostało po tym eksperymencie? To pytanie wciąż krąży w mojej głowie, jak echo w pustym korytarzu, którego nie da się wyciszyć. Po tygodniach zadawania pytań o pensje, notowania odpowiedzi w pamięci i obserwowania reakcji znajomych, zostało przede wszystkim poczucie niepokoju. Nie poczucie winy wobec innych — chociaż częściowo też — ale niepokój wobec samego siebie: ile naprawdę chcę wiedzieć o ludziach wokół mnie? i ile jestem w stanie przyznać o sobie?

Najbardziej zawstydzające było uświadomienie sobie, że cały eksperyment miał mniej wspólnego z transparentnością czy równością, a więcej z własną potrzebą porównań. Liczyłem na dane, a w zamian dostałem emocje, dynamikę relacji, pauzy w rozmowach, półuśmiechy i milczenie. Zorientowałem się, że większość z nas, wbrew pozorom, nie pyta o pensje tylko po to, by się dowiedzieć, ale żeby sprawdzić siebie. I to demaskuje całą iluzję, że pytanie o pieniądze jest neutralne — nigdy nie jest.

Została też lekcja o ludziach. Zrozumiałem, że odpowiedzi wprost i półsłówka są równie wartościowe, bo mówią o odwadze, lęku i granicach, które stawiamy w relacjach. Niektórzy znajomi zrobili na mnie wrażenie swoją szczerością, inni uderzyli w wyuczone strategie ochrony prywatności, a jeszcze inni pokazali, że cisza jest ich najlepszą odpowiedzią. W tym wszystkim najbardziej niepokojące było to, że obserwując ich reakcje, stałem się trochę samym sobą — osobą, która ocenia, porównuje i kalkuluje, zamiast po prostu słuchać.

Największe pytanie, które zostało po eksperymencie, nie dotyczyło już moich znajomych, tylko mnie samego: czy chciałbym, żeby ktoś zadał mi to samo pytanie w najgorszym możliwym momencie życia? Czy miałbym odwagę odpowiedzieć szczerze, czy znów schowałbym się za półsłówkami, żartem lub przesunięciem tematu? I czy nasze społeczeństwo kiedykolwiek będzie gotowe rozmawiać o zarobkach bez strachu, zazdrości i ukrytego porównywania?

Pozostała też świadomość, że każda rozmowa o pieniądzach pozostawia ślad. Nie w formie cyfry w tabelce, ale w relacji, w postrzeganiu siebie, w ukrytym kalkulowaniu — kto jest bliżej sukcesu, kto dalej. I być może najtrudniejsze jest przyznać, że niezależnie od tego, ile ktoś powie, prawdziwa zmiana zaczyna się w nas samych. To zostawia pytanie, które nie daje spokoju: czy jesteśmy gotowi na prawdę, nawet jeśli obnaży nasze własne iluzje?

 

Kiedy dziś myślę o całym eksperymencie, o pytaniach, które zadawałem, i ciszy, która pojawiała się w odpowiedzi, widzę siebie w zupełnie nowym świetle — osobę ciekawą, a jednocześnie trochę naiwną, która wierzyła, że pytanie o pensję będzie neutralnym faktem, a nie lustrem jej własnych lęków i porównań. Zrozumiałem, że rozmowy o zarobkach nie są tylko o pieniądzach. Są o zaufaniu, o wstydzie, o granicach, które sami sobie stawiamy i które pozwalają nam wierzyć, że wszyscy stoimy mniej więcej w tym samym miejscu, podczas gdy prawda jest znacznie bardziej złożona i niepokojąca.

Najważniejsze, czego się nauczyłem, to że każda reakcja — odmowa, półsłówko, otwarta odpowiedź — jest oknem do świata emocji, w którym pieniądze stają się katalizatorem naszej prywatnej psychologii. Zawstydzają nas, bo ujawniają nasze wyobrażenia o sobie; demaskują nasze iluzje, bo pokazują, że porównania nie da się wyłączyć; i zostawiają pytania, bo nigdy nie wiadomo, jak naprawdę reagujemy na szczerość. A jednocześnie uczą nas, że cisza, choć komfortowa, jest pułapką, która pozwala wierzyć, że świat jest bardziej sprawiedliwy, niż jest w rzeczywistości.

Rozmowy o zarobkach wciąż pozostają w Polsce tematem tabu, mimo że świadomość nierówności rośnie. Szukając w Google fraz typu „ile zarabiają Polacy”, „rozmowy o pensjach”, „transparentność wynagrodzeń”, widzimy, że ludzie pragną danych, chcą orientacji, a jednocześnie boją się prawdy. Właśnie te wyszukiwania pokazują, że temat jest powszechny i ważny, że potrzebujemy rozmów, które nie tylko podają liczby, ale też ujawniają mechanizmy społecznej wrażliwości i nasze własne reakcje. Transparentność pensji może w pewnym sensie zmieniać życie — nie tylko w wymiarze materialnym, ale też emocjonalnym, pozwalając zrozumieć, gdzie kończy się iluzja, a zaczyna prawda.

Na końcu zostaje mi jedno pytanie, które wciąż wraca, gdy myślę o wszystkich tych rozmowach: czy jesteśmy gotowi na szczerość o zarobkach, jeśli oznacza to konfrontację z własnymi lękami, kompleksami i iluzjami? Czy potrafimy rozmawiać o pieniądzach tak, by nie tylko zdobyć informację, ale też zrozumieć siebie i innych? To pytanie zostaje ze mną dłużej niż wszystkie liczby i półsłówka, bo jego odpowiedź nie zależy od tabel ani średnich — zależy od nas samych.

 Wszelkie prawa zastrzeżone

© 2025 Mind & Money  

Sprawdź mnie: